Ale nie byłoby tego całego niesamowitego ładunku emocjonalnego, gdyby nie magia, która zadziałała się na kartkach za sprawą ilustracji. Za stronę wizualną odpowiada tu Lisa Aisato, a ja nie muszę chyba dodawać, że w naszym domu jesteśmy ogromnymi fanami jej twórczości. Zatrzymam się tu na moment, bo jej praca to coś, co po prostu chwyta za serce. Ilustracje w tej książce to absolutny kosmos. Mówią nierzadko więcej niż sam tekst.
Miękka, niesamowicie ciepła kreska, cudowna paleta barw i te wszystkie mikroskopijne detale. Dostrzegasz je dopiero przy trzecim czytaniu, bo wcześniej zwyczajnie nie potrafisz oderwać wzroku od głównego planu. Te kolory są w jakiś magiczny sposób jednocześnie smutne i piękne. Zupełnie tak, jak bywa z prawdziwymi uczuciami. Najlepiej podsumowała to moja córka, która w pewnym momencie popatrzyła na jedną ze stron i stwierdziła: „Mamo, to wygląda jak sen, który się pamięta”. Sama bym tego lepiej nie ujęła.
Jeśli jesteście w miejscu, gdzie szukacie pretekstu, żeby porozmawiać ze swoimi dziećmi o tym, co trudne – a przecież te cięższe momenty prędzej czy później dotykają każdego z nas, chociażby gdzieś w przedszkolnym otoczeniu – to zróbcie sobie przysługę i sięgnijcie po ten tytuł. Pozwala to zrobić bardzo łagodnie, absolutnie bez pośpiechu, tworząc bezpieczną przestrzeń gdzieś pomiędzy kolejnymi stronami. Wtedy nagle te wszystkie niedokończone projekty przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.
Zastanawiam się, jak to wygląda u Was. Czy w Waszych domowych biblioteczkach też macie takie lektury, które wręcz „wyczuły” idealny czas, by się w nich pojawić?